To i (zdr)owo #2: Podsumowanie czerwca

Druga część luźniejszej serii, w której opowiadam co porabiałam w minionym miesiącu. Teraz, ledwo żywa po minionym tygodniu, jadę znowu do Poznania i kończę dla Was ten wpis, również zaczęty w pociągu do Poznania. Mikro paradoks!

Dieta i treningi

W tym miesiącu niestety było trochę gorzej, bo znowu dopadł mnie okres migrenowych bólów głowy. Bywały dni, w których jadłam mniej i dni, w których nadrabiałam energię. Mimo wszystko, robię co mogę czasami na przekór swojemu organizmowi. Wszyscy tłumaczą, że powinnam wsłuchać się w swoje ciało i tak dalej, ale wtedy na pewno nie trafiłabym na siłownię i ciężary, które pokochałam. Dzięki takim treningom ukształtowałam swoje ciało na tyle, że nie widać na pierwszy rzut oka dysproporcji wywołnych złamaniem kręgów i zmniejszeniem wzrostu (więcej o mojej chorobie możesz przeczytać tutaj „Jak stałam się niższa”). Wiem również, że muszę bardzo powoli progresować i nigdy nie podniosę np. 60 kilogramów w przysiadzie, bo to ryzykowne, ale mam świetną zabawę podnosząc połowę tyle i bawiąc się gumami oporowymi oraz krótszymi przerwami między serią. Czasami zapominam o swoich ograniczeniach i chcę więcej i mocniej, ale moja głowa szybko studzi entuzjazm. W sumie cieszę się, bo od początku mojej przygody z siłownią, czyli jakieś 1,5 roku, nigdy nie miałam żadnej kontuzji dzięki takiemu podejściu.

Żeby polepszyć swoją mobilność i poprawić swoje ciałko, do treningów wprowadziłam rozciąganie, które ciężko mi praktykować z moim niecierpliwym charakterem. Rozciągam się i nienawidzę życia, ale naprawdę muszę, bo zaczynam przypominać kawałek betonu. Jeśli znacie jakieś filmiki na youtube, które zmobiizują mnie do regularnego rozciągania, dajcie proszę znać w komentarzach!

Jeżeli chodzi o dietę, to jestem bardzo dumna z siebie, bo potrafiłam wrócić o 20 do domu i robić kolację, a potem posiłki na następny dzień dla siebie i dla Gabriela, który aktualnie jest na masie, więc je tyle, co takie dwie Agnieszki. Do tej pory głównie chodziłam na siłownię sama, ale z nim jest jeszcze lepiej. Może mi podać ciężką sztangę, jak robię hip thrust i nosi mi torbę po siłowni 🙂 Chłopak idealny! Znacie moje podejście do diety, prawda? Musi być smacznie, pełno witamin i antyoksydantów. Tak, lampka wina to też antyoksydanty.

Ponieważ chcę zrobić sobie testy na nietolerancję pokarmową, musiałam najpierw zrobić testy na alergię pokarmową i wziewną. Okazało się, że jestem uczulona na orzechy oraz prawie wszystko wziewnie: kurz, trawy, zboża, drzewa. Pani zobaczywszy moją rękę pokrytą bąblami mocno się przeraziła. Nie wiem, dlaczego nie mam objawów – tylko jak ścieram kurze to kicham, a w górach zawsze kręci mnie w nosie. Mam wymówkę na piśmie, żeby nie sprzątać. W każdym razie następnym etapem będzie wykonanie testów na nietolerancję i dopasowanie diety, która być może poradzi sobie z moimi migrenami. Bo powiem Wam szczerze, że jestem nimi bardzo zmęczona…

EDIT: Pisząc to, jestem po testach na nietolerancję pokarmową w Instytucie Mikroekologii. Będę na bieżąco dawać znać z postępów leczenia i może wstawię swoje diety eliminacyjno – rotacyjne. Dajcie znać, jeżeli chcecie tekst o nietolerancjach pokarmowych na blogu.

Ciekawe podróże

Tak zatęskniłam do gór, że postanowiłam zrobić niespodziankę sobie i Gabrielowi. W sobotę po jego zajęciach oznajmiłam mu, że ma 30 minut na spakowanie się. Zrobił dziwną minę, po czym jak mała motorówka zaczął układać swoje sportowe ciuchy do plecaka. Nie wiedział dokąd jedziemy, aż wysiedliśmy w Kielcach i przyznałam, że w niedzielę z samego rana wyruszamy w Góry Świętokrzyskie podbić mały, sympatyczny szczyt Łysica (611 m n. p. m.) i poszlajać się po Parku Świętokrzyskim.

Kielce i słynny deptak, który przeszliśmy kilka razy w poszukiwaniu burgerów

Wchodziliśmy z miejscowości Święta Katarzyna, która okazała się być urokliwą wsią z całkiem ciekawymi zabytkami. Znajduje się tam Muzeum Minerałów i Skamieniałości oraz Klasztor Bernardynek. Gołoborza zrobiły na nas wrażenie. Szczyt jest niski, przyjemny i każdy da radę go zdobyć. Żałowaliśmy, że mamy tylko kilka godzin na wycieczkę, bo chętnie poszlibyśmy dalej. Pociąg mieliśmy o godzinie 16:00 więc cały wypad trwał trochę więcej niż 24 godziny, ale było warto przejechać te kilka godzin dla takich widoków!

 

W drodze na szczyt

 

Pod koniec czerwca pojechałam w piątek do Nądni obok Zbąszynia, na działkę do przyjaciółki, która przyleciała z Londynu do Polski na krótkie wakacje. Było super – polskie jeziora są wypaśne. Wypoczynek w ciszy, spokoju i zieleni to zawsze dobry pomysł na reset. Zrobiliśy wegetariańskiego grilla i graliśmy bite 4 godziny w quizy. Tylko moje przyjaciółki lubią grać w gry tak mocno jak ja! Mam sentyment do tej działki, bo właśnie tam pierwszy raz odzyskałam apetyt po poważnej chorobie. Jedzenie na powietrzu leczy, sprawdzone info.

W sobotę rano wyruszyłam do Poznania, do rodzinnego domu. Ledwo wysiadłam z pociągu, a już czekała na mnie siostra i poszłyśmy na szybkie zakupy. Mała smarkula zasłużyła, bo miała super świadectwo! Nie będę komentować tego, że kupiła sobie NEONOWE buty, ale każdy wiek rządzi się swoimi prawami. Ja nosiłam obrożę na szyi i glany w jej wieku, więc w sumie… Przynajmniej podczas tych zakupów kupiłam sobie ładne buty (nie neonowe). Wieczorem jechaliśmy na 50kę mojego wujka do Suchego Lasu. Miło było wszystkich zobaczyć i pogadać przy dobrym, czerwonym winie i pysznym jedzeniu.

Takie z nas podobne kobietki: ja, mama i siostra <3

W niedzielę rano zostałam obdarowana przez Natalkę własnoręcznie robionymi racuszkami. A pomyśleć, że to ja jej kiedyś serwowałam pięciodaniowe śniadania, a teraz sama mnie częstuje wypasami!

Potem pojechałyśmy do kina na Park Jurajski, do którego mamy sentyment, bo kiedy siostra była małym berbeciem miała obsesję na punkcie dinozaurów i potrafiła wymienić ich wszystkie nazwy. Ciągle maltretowała mnie Parkiem Jurajskim i miała dziwną obsesję na punckie dzikich zwierząt. Ogólnie strasznie się cieszę, że mamy dobry kontakt i od zawsze miałyśmy. Nie chcę z rodziną wychodzić dobrze tylko na zdjęciu. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie fakt, że mogę normalnie porozmawiać z mamą o wszystkim jest dla mnie bardzo ważny. W końcu od ponad 10 lat musimy radzić sobie same: cztery silne babki (z babcią na czele :)).

Po kinie poszłyśmy na obiad z mamą do ulubionego niegdyś Bar-a-Boo. Sałatka mnie nie zawiodła! Na dopchanie totalna rozpusta w niedietetycznej kawiarni Fudge Filosophy. Na Instagramie możecie zobaczyć, z czym przyszło mi się mierzyć… Deser miał 4 warstwy.

Bezpośrednio przed pociągiem spotkałam się jeszcze z ukochaną Ewunią, koleżanką z poprzedniej pracy. Żałuję, że miałyśmy tylko ten moment na herbatę, bo jak we dwie się dobierzemy to gadamy jedna przez drugą.

Ulubiona sałatka w Bar a Boo

Odkrywam Warszawę

W tym miesiącu w ramach odkrywania mojej cudownej stolicy, poszłyśmy z koleżanką postrzelać. Miałam okazję postrzelać z AK47, Shotgun, czy pistoletu Colt. Muszę przyznać, że bardzo podoba mi się strzelanie i chciałabym kiedyś zająć się tym bardziej profesjonalnie, natomiast jest to drogi i wymagający sport. Ale uczucie leniwego przeładowania broni i trafienia do celu jest po prostu jest bezcenne.

Oprócz tego dużo spacerowałam, także po mojej ukochanej Królikarni, którą mam dwie minuty od domu. Moim ulubionym zajęciem było spakowanie torebki i laptopa, podróż do Starbucks na kawę na mleku migdałowym z syropem bezcukrowym, chwila pracy i potem powrót przez park do domu. Kocham lato!

Restauracja miesiąca

Moje życie kręci się wokół jedzenia i ciężko mi będzie przejść na dietę zgodną z testem na nietolerancje pokarmowe (o ile coś wyjdzie). W tym miesiącu odwiedziliśmy jednak mniej miejsc ze względu na intensywną sesję Gabriela na studiach. Po wycieczce górskiej wróciliśmy jeszcze do Kielc na szybki, pyszny obiad przy rzece i regeneracyjną lampkę wina, po której przespałam pół podróży hihi. Ach, ta słaba głowa. Oczywiście zawsze zamawiam sałatkę, żeby podżerać bezkarnie kawałek pizzy.

Restauracja Porzeczka

 

Odwiedziłam z koleżanką MOMU na Wierzbowej, gdzie zamówiłam lekką sałatkę. Niestety bardzo mnie rozczarowała. Nie było tu niczego wyrazistego, a smaki nie komponowały się tak, jak powinny. Wino było w porządku.

Restauracja MOMU

Udało się nam odwiedzić ponownie indonezyjską Warung Jakartę na ul. Pięknej, Jadłam tam napradę wyśmienite noodle, które znalazły się w czołówce dań jedzonych na mieście w czerwcu. Właściwie – to jest moja restauracja miesiąca.

 

Warung Jakarta

Odwiedziłam również The Cool Cat, w którym jadłam kanapkę banh mi z koreańskim pate i uwielbianą kolendrą. Była po prostu w porządku – boczek, jajko i zielenina to zawsze dobry pomysł. Brakowało mi jednak takiego WOW.

No i szybkie śniadanie przed siłownią w wolny piątek jadłam w fenomenalnej knajpce, którą każdy Warszawiak zna – Bułkę przez Bibułkę. Amerykańskie pancakes były w porządku, ale w moim odczuciu za mało owocków. Łaknę witamin! W każdym razie samo miejsce jest przefanastyczne na spotkanie z przyjaciółmi, ale nadal moją ulubioną kawiarnią jest Starbucks przy metrze Wilanowska i kawiarnia Relaks na Mokotowie.

Serial lub film miesiąca

W tym miesiącu szukaliśmy czegoś lekkiego. Raz jeszcze przypomnę, że mój partner miał sesję i ograniczony czas, a ja samotnie raczej nie oglądam seriali, tylko czytam książki. Trafiliśmy jednak na bardzo przyjemny, lekki serial: Dobre Miejsce. Z grubsza chodzi o to, że główna bohaterka trafia po śmierci przez pomyłkę do Nieba i próbuje zasłużyć na swoje miejsce. Odcinek trwa około 20 minut, więc dla nas idealnie. Serial nie jest tak śmieszny jak np. The Office, ale nadal bawi i umila czas po ciężkich dniach przepełnionych siłownią, tudzież migreną.

Dietetycznie

Udało mi się odpalić coś, o czym wspominałam w poprzednim wpisie. Mianowicie, oficjalnie ruszyła wirtualna poradnia, w której układam diety zgodne z zasadą IIFYM (z grubsza chodzi o rozpisanie diety w 80% składającej się z tzw. zdrowych produktów, a 20% stanowią produty lubiane i preferowane przez daną osobę). Kiedyś napiszę wpis o mojej filozofii, ale reakcje podopiecznych, którzy przykładowo dostają pasek czekolady mlecznej do owsianki, są bezcenne.  Niestety, z racji dorywczego zajęcia układam diety dla maksymalnie 3-4 osób w miesiącu.

Podejmuję się również zleceń copywriterskich i ghostwriterskich dedykowanych dietetykom i branży medycznej, w wymiarze do dwóch zleceń w miesiącu. Więcej przeczytasz tutaj.

W czerwcu na blogu

Skopiowane ze starego bloga:

Całkowicie nowe wpisy:

 

Dodaj komentarz